"Shantel,
Shantel, Shantel"
W mojej
głowie aż roiło się od pytań, które chciałabym zadać...W sumie to komukolwiek,
kto byłby w stanie odpowiedzieć na nie wszystkie, albo chociaż na połowę. Tak
przypomnę tylko, że mam wymazaną z głowy prawie całą historię mojego życia i
nie wiem o co chodzi dosłownie we wszystkim co mnie otacza, więc fajnie by było
czegoś się w końcu dowiedzieć, ale jakoś nikomu się nie spieszy z pomocą.
Shantel?
Była
normalną dziewczyną. Uśmiechniętą, odważną, zaradną, przyjacielską. Potrafiła
mieć gorsze dni, gdzie nie dało się z nią wytrzymać i należało ją omijać
szerokim łukiem, ale czy każdy z nas takich nie ma? Miała wiele przyjaciół, ale
trzymała się raczej naszego grona. Zawsze należała do tych ładniejszych,
oczywiście kiedyś z Silver w żadnym stopniu nie mogła się równać, nikt nie
mógł. Ale za to u niej zawsze przeważał ostry i że tak powiem
"głośny" charakter. Ale wtedy
była inna, taka...Naturalna. To chyba dobre określenie. Dzisiaj jej nie
poznałam, czy to nie mówi samo za siebie? Wszystko się tak pochrzaniło, a ja
zamiast po powrocie cieszyć się ze swoją dawna paczką, że udało mi się wyjść z
tego wszystkiego, no z jakiejś części, zastanawiam się dlaczego nie chcą ze mną
rozmawiać i ile się wydarzyło podczas mojej nieobecności.
-Panno
Malik?- Usłyszałam czyjś gruby głos, który wydawał się tracić cierpliwość.-
Mówię do ciebie już z dziesięć minut, mam cię w jakimś specjalnym piśmie
poprosić o wysłuchanie?
Tak...Nauczyciele
do najfajniejszych tu nie należeli. Jednym słowem: Odwal się ode mnie kobieto,
bo robisz z siebie idiotkę.
-Przepraszam,
co pani mówiła?- Wysiliłam się na miły uśmiech, ale w środku czułam znów taki
niepokój, jakby miało się zaraz coś stać, więc raczej wyszedł mi szczękościsk,
albo inna kwaśna mina. Z nerwów zaczęłam skubać skórki przy paznokciach.
Kobieta westchnęła głośno i popatrzyła na mnie jak na kretynkę. No przecież nie
moja wina, że tak pochłaniają mnie moje myśli, iż nie ma dla mnie wtedy świata
dookoła. Gdyby działo się wokół niej tyle co u mnie, może by zrozumiała.
-Masz po
lekcjach w bibliotece dodatkowe zajęcia. Musisz nadrobić materiał, a chłopak,
który ci pomoże, odbębnić kare za kradzieże. Miłego dnia... - Posłała mi
najsztuczniejszy uśmiech, jaki widziałam w swoim życiu i zniknęła, a ja
zostałam z pustką w głowie na środku korytarza, gdzie nie powinnam być. Od 30
minut trwa lekcja matematyki, na której powinnam być, ale jak zauważyłam, chyba
tylko ja przykładam do tego jakąś wagę.
Wróciłam do
swojej szafki i wyjęłam książki na następną lekcję. Nie opłacało się iść już na
tą, więc skierowałam się w stronę sali, gdzie odbywać się następna. Dzwonek
zadzwonił, a uczniowie wyszli, a ja zajęłam sobie ostatnią ławkę pod oknem.
Historia to raczej nie moja bajka, więc to miejsce będzie genialne na
rysowanie, rozmyślanie, gapienie się gdzieś w otchłań. Do sali zaczęli schodzić
się zapewne tylko ci, których coś ten przedmiot obchodził i zajmowali
poszczególne ławki. Wyjęłam swój zeszyt i kilka ołówków, które miałam w torbie.
Musiałam się odstresować, bo mimo iż nie okazuje tego po sobie, w głębi boje
się cholernie tego spotkania ze "złodziejem". Do czego doszło w tej
szkole, że nawet dyrektorka powiedziała to z takim spokojem? Myślę, że ten
chłopak może być niebezpieczny... Skoro już od takiego wieku ma problem z
prawem... Może także jest zabójcą? A jeśli nie to na pewno jest na dobrej
drodze do tego... Już teraz rozumiecie czemu nie za bardzo chcę się z nim
widzieć i byś sam na sam nie licząc bibliotekarki.
Zaczęłam
bazgrolić coś po zeszycie, a gdy to nawet wydało się nudnym zajęciem, wlepiłam
swoje oczy w przestrzeń gdzieś za oknem. Pogoda była ponura, ale ludzie i tak
świetnie bawili się w swoich gronach przed budynkiem szkoły. Tacy, weseli, roześmiani,
zazdrościłam im tego cholernie.
"Czy oni nie powinni być na
lekcjach?"- pomyślałam po chwili zastanowienia i walnęłam się w myślach
ręką w czoło, gdy zorientowałam się jaka jestem głupia.
"Lilly,
to już nie to samo..."- Kolejna myśl przeleciała mi przez głowę, gdy
usłyszałam swój wymarzony dzwonek na przerwę. Zostało mi jeszcze trzy lekcje,
które spędzę pewnie w taki sam sposób jak tą.
Po paru
odsiedzianych godzinach kroczyłam już najpewniejszy krokiem na jaki było mnie
stać w kierunku biblioteki. Proszę zabierzcie mnie stąd, bo chyba zwymiotuję na
środku korytarza.
Otworzyłam
drzwi i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Myślałam, że będę musiała prosić
kogoś o pomoc w odnalezieniu mojego dzisiejszego "nauczyciela", ale
no kto by się teraz oszukiwał? Tu nikogo nie ma oprócz niego. Pewnie wszyscy są
na jakichś imprezach popalając trawkę i sącząc z kolorowych plastikowych kubków
whiskey lub jakiś nieznany mi rodzaj
wódki.
Moje ręce,
jakby na zawołanie dostały drgawek, zaczęłam przygryzać wargę, a w środku
czułam jak telepie się ze zdenerwowania. Podeszłam chwiejnym krokiem do
stolika, przy którym siedział chłopak w kapturze, przez co nie mogłam ujrzeć
jego twarzy.
Odsunęłam
delikatnie krzesło i dalej stałam jak święta krowa na środku przejścia.
Nieznajomy, jednak na mój ruch, podniósł głowę do góry i z minął,
"Siadłabyś w końcu, bo chcę stąd szybko iść.", pokazał ręką, że
właśnie to mam wykonać. Dokładnie w tym momencie wiedziałam już kim jest, a on
dobrze rozpoznał mnie. Między nami panowała cisza, która irytowała mnie z
sekundy na sekundę coraz bardziej, a do tego dochodziły ogromne nerwy.
-Więc...
Wróciłaś?- Takie to dziwne? Każdy się zachowuje, jakby to było niemożliwe, ale
tak jestem tu!
-Tak
jakby...- posłał mi nieśmiały uśmiech, czym totalnie zbił mnie z tropu.
-Jak się
trzymasz?- Bawił się swoim długopisem, a z jego oczu biła niepewność, jakby nie
wiedział, czy powinien mnie o to pytać. Co było nieco dziwne, bo inni traktowali
mnie z góry.
-Dobrze?
Chyba... A ty? Wiesz, jak Maggie żyła...
-Pomagała
mi, tak wiem. Teraz kradnę, więc jakoś daje radę. - uśmiechnął się nie pewnie.
-Ale to pewnie już dyra ci powiedziała.- Zaśmiał się, jakby to była taka
naturalna rzecz w świecie. Był chyba z nich wszystkich najswobodniejszy w
stosunku do mojej nędznej osoby.
-Możesz
zawsze do mnie przyjść, pomogę ci...- zaproponowałam, choć dobrze wiedziałam,
że tego nie zrobi. Pamiętam go z dawnych czasów. Oboje wiemy, że tylko Maggie
umiała mu pomóc, wysłuchać, poradzić gdyż swoim wpływem, który wywierała na
ludzi, wyciągnęła z niego wszystkie ważne informacje. To wtedy dowiedzieliśmy
się, że miał problemy z pieniędzmi i rodzicami. Wszyscy pomagaliśmy mu jak się
dało, ale to ona zazwyczaj zmuszała go, żeby to przyjąć. Miała na niego sposób,
którego my nawet nie znaliśmy, od zawsze mieli jakieś swoje tajemnice.
-Jasne-
odpowiedział mimo tego, że obydwoje wiedzieliśmy jak będzie.- To co nadrabiamy
materiał?- Pokiwałam twierdząco głową i otworzyliśmy swoje książki. Przyznam,
że chyba całkiem dobrze się uczył. Pewnie dlatego, że szkoła mogła mu przyznać
stypendium, któro było mu potrzebne. Martin i tak zawsze był inteligentny, więc
pewnie nie miał z tym większego problemu. Tłumaczył dość dokładnie, całkiem
zrozumiale i pewnie słuchałabym go dalej, gdyby nie fakt, że czułam na sobie
coś niepokojącego. Nie wiem, czy to ja jestem tak przewrażliwiona czy wszyscy
tak mają, ale wyczuwam z kilometrów coś co mogłoby mi zagrozić. Starałam się
długo na to nie zwracać uwagi, ale mój charakter mi na to nie pozwalał. Obejrzałam
się dokoła siebie, ale w pobliżu najbliższych metrów niczego nie wychwyciłam.
Głos chłopaka był dla mnie już ledwie dosłyszalny. Nagle usłyszałam jak spadła
komuś książka na podłogę. Moja głowa powędrowała w tym kierunku i już
wiedziałam.
Harry.
Harry
Styles.
Wyglądał
perfekcyjnie stojąc tam, między regałami z książkami. Jego ręka nonszalancko
leżała na jednej z półek, co było już dla mnie znakiem oczywistym, że to on
zrzucił jedną z powieści lub czegoś innego, abym zwróciła na niego swoją uwagę.
Minę miał pewną siebie, jednak widać było, że jest wkurzony. Nikt w tym
momencie by z nim nie wygrał, nikt by mu się nawet nie postawił. Całe ciało
miał napięte, jakby chciał zaatakować.
Stał tam z
jakimś kolegą, który wydawał się przeciwieństwem jego, ale był tak samo
umięśniony i bardzo przystojny. Wyglądał na dobrego kumpla. Cały czas coś do
niego mówił ożywionego i był bardzo tym podekscytowany, na co chłopak
delikatnie śmiał się pod nosem nie zdejmując z twarzy aury wkurzenia, któro
pewnie byłos powodowane moją obecnością, co zbytnio mi się nie podobało. Czułam
w sobie, jak strach, zdenerwowanie, ale i nutka zainteresowania jego osobą,
paraliżowały mnie wzdłuż kręgosłupa.
-Lills?
Słuchasz mnie?- Dobiegł do mnie wreszcie jakiś dźwięk. Potarłam ze
zdenerwowania lekko swój policzek i skierowałam swój wzrok na chłopaka.
-Tak.- Pokiwałam
twierdząco głową i wróciłam do notowania, czując jak jego wzrok dalej spoczywa
na mojej osobie, aż w końcu poczułam spokój. Ulga. Popatrzyłam w kierunku
miejsca, gdzie stał, ale go tam nie było, jakby się ulotnił. Nie wiem, jak to
robi, ale przeraża mnie, wkurza, a zarazem przyciąga jak magnez.
-To na
dzisiaj koniec.- Uśmiechnęłam się na znak, że rozumiem, ale co znaczy na
dzisiaj? To nie było jednorazowe spotkanie? Choć może to sprawi, że załapie z
kimś jakikolwiek kontakt? Zależy mi na tym, ponieważ sprawia wrażenie, że można
mu ufać i że mnie nie zostawi. - Do jurta.
Spakowałam
swoje książki i tak jak to zrobił Martin, skierowałam się do wyjścia. Zabrałam
jeszcze tylko z szafki swoje rzeczy i to by było na tyle jeśli chodzi o
dzisiejszy dzień w szkole. Z wyraźną ulgą popchnęłam duże żelazne drzwi i
poczułam powiew chłodnego powietrza, które zwiastowało wolność. Zaciągnęłam się
deszczowym zapachem i powoli schodziłam po schodach. Nagle zza rogu usłyszałam
hurgot silników motorowych. Ktoś zawzięcie dodawał gazu przez co hałas szedł na
najbliższą okolicę. Dookoła unosił się dym, a chłopaki siedzący na swoich
sprzętach wreszcie ruszyli z piskiem opon. Jechali tak szybko, że od samego
patrzenia na nich zrobiło mi się niedobrze, a co powiedzieć, gdybym miała tam
jeszcze siedzieć...
W pewnym
momencie jeden z motorów gwałtownie się zatrzymał. Chłopak w skórzanej kurtce
przez silne zahamowanie przechylił się na siedzeniu najpierw do tyłu, a potem
do przodu, ale niewzruszony tym odwrócił się w moją stronę. Przerażona pisnęłam
na ten widok i zakryłam ręką usta, a on natomiast zdjął okulary
przeciwsłoneczne i posłał mu swój, jak dla mnie, wnerwiający, ale piękny
uśmiech.
I znów on,
ten sam chłopak. Chyba nie muszę już pisać jego imienia. Puścił mi oczko i
założył z powrotem swoje okulary. Stał tam jeszcze chwilę i wpatrywał się we
mnie intensywnie, jakbym była czymś nierealnym, ale w końcu ruszył i zostawił
mnie samą na środku placu przed szkołą.
W drodze do
domu cały czas o nim myślałam i to mnie jeszcze bardziej dołowało. Nie chciałam
się w nim zakochiwać, bo na wstępie mogłam stwierdzić, że byłaby to
niespełniona miłość, a nie miałam ochoty na bezcelowe płakanie w poduszkę,
patrzenie na niego ukradkiem czy robienie niepotrzebnych nadziei. Sory, ale nie
mam trzynastu lat... To nie wypali, że niby ja i on? To śmieszne nawet jest.
Zresztą on mnie nie kręcił w ten sposób, kiedyś zakochiwałam się w chłopakach i
było to inne uczucie. Tu towarzyszyła mi niepewność i nie miałam pojęcia co on
ode mnie naprawdę chce i chyba to najbardziej nie dawało mi spokoju... Zastanawianie
się po co w ogóle na mnie zwraca uwagę,
bo już na wstępie wykluczyłam, że może mnie uważać za atrakcyjną. Ja w żaden
sposób taka nie jestem, ale tego mu nie muszę mówić, przecież jak już pierwszy
raz mnie zobaczył mógł to stwierdzić.
~ Dwie
godziny później~
Szłam
smętnie korytarzem w stronę łazienki. Jak zwykle dało się usłyszeć głośną
muzykę dochodzącą ze strychu, gdzie Zayn zapewne zaprosił swoją paczkę i wolę
nie wiedzieć co tam robią… Zapraszał często tam swoich znajomych, którzy na
pierwszy rzut oka, wyglądali na naćpanych, pijanych, albo po prostu taki mieli
wyraz twarzy.
Sufit lekko się uginał wydając zgłuszone
dźwięki.
- Ałcz! –
jęknęłam, gdy moja głowa napotkała jakąś twardą przeszkodę, od której
zszokowana szybko odskoczyłam. Złapałam się za pulsujące miejsce, a mój wzrok
napotkał jakąś dużą postać, która miała męską koszulkę z jakimiś nadrukami, a
ręce pokryte kolorowymi tatuażami. Podniosłam wzrok na jego twarz i już
spokojnie mogłam zacząć się modlić. Cholera, co za perfekcja… Jego wzrok zaczął
pochłaniać mnie całą, więc najszybciej jak potrafiłam, odwróciłam wzrok.
- Kogo my tu
mamy… – Poruszył śmiesznie brwiami, łobuzersko się uśmiechając, a w jego
spojrzeniu mogłam uchwycić rozszerzone źrenice, co było efektem wciągania
jakiegoś gówna. Trochę się przeraziłam, bo miałam pojęcie co osoba mogła robić
po narkotykach miękkich. – Zayn mówił, że wyszłaś gdzieś z koleżanką…
- Tak mówił?
Może nie bez powodu? – Popatrzyłam na niego przelotnie i starałam, żeby wyszło
to jak najobojętniej umiałam. Nie mogłam sobie pozwolić na coś więcej, ponieważ
mogło się to w różny sposób potoczyć, a tego wolałam uniknąć.
- Coś
sugerujesz? – Uśmiech nie schodził mu z twarzy i nie dawał mi odpocząć od swojego
spojrzenia, o co go błagam już tysięczny razy dzisiaj w myślach.
- Może po
prostu wyczuł, że nie będę zachwycona rozmową z tobą – palnęłam prosto z mostu,
dziwiąc się skąd we mnie tyle odwagi i szczerości. Zaczęła mnie przytłaczać
jego obecność, więc postawiłam krok w tył, na co on przybliżył się jeszcze
bliżej do mnie niż wcześniej. Wzdrygam się na ten krok z jego strony, a moje
nozdrza wypełnił jego zapach mięty, który należał do niego i jeszcze jakiś
dziwny zapach jakby ziół. Chyba wolałam
się nie dowiadywać co to mogło by być.
- Skąd w
tobie tyle złości? – wyszeptał zmysłowo i musiałam zmusić swoje oczy by się nie
zamknęły z rozkoszy, co mnie ogromnie zdziwiło, że ktoś może z mną robić takie
rzeczy. Mimo swojej woli odsunęłam się jeszcze dalej od niego, bo uważałam, że
tak należy...
- Przepraszam,
ale chciałabym pójść do toalety – powiedziałam jak najkulturalniej umiałam i
chciałam go szybko wyminąć, ale znów zagrodził mi drogę.
- Czemu
jesteś dla mnie taka zimna Lills? – spytał prowokująco i chciał złapać mnie za
rękę.
- Nie rób
tego! – krzyknęłam, nie panując nad nerwami i przeklinając siebie samą w duchu,
że też musiałam na niego trafić wychodząc z pokoju! Ja już nawet we własnym
domu nie mogę czuć się swobodnie i bezpiecznie! – Ymmm… nie lubię, gdy ktoś to
robi – wymamrotałam, a jemu zszedł uśmiech z ust i popatrzył na mnie poważnie i
współczująco, jakby szukał w moich oczach odpowiedzi na pytanie, którego nawet
nie zadał.
- Harry cwelu! Gdzieś ty polazł?! Miałeś tylko wyskoczyć po piwo – wrzasnęła ze schodów Sky, która schodziła po stopniach. – O! Lilly myślałam, że wyszłaś z domu…
- Harry cwelu! Gdzieś ty polazł?! Miałeś tylko wyskoczyć po piwo – wrzasnęła ze schodów Sky, która schodziła po stopniach. – O! Lilly myślałam, że wyszłaś z domu…

- Chodź do
nas na górę. – Machnęła ręką w moją stronę gestem zapraszającym.
- Wiesz co…
z wielką chęcią, ale jestem taka padnięta, że chyba położę się spać –
wymamrotałam „sennie”. Jej twarz przeszła zmarszczka, a po chwili pokiwała
głową, że rozumie, co chyba pół na pół było prawdą. – To ja już pójdę. –
Uśmiechnęłam się w ich stronę, zatrzymując się wzrokiem za długo o jakieś dwie
sekundy przy chłopaku. Gdy odchodziłam w stronę swojego pokoju usłyszłam
jeszcze za sobą.
- Wiesz, że
kłamała? - To był z pewnością głos umięśnionego chłopaka, który tak bardzo
mieszał mi w głowie i to wcale nie pozytywnie.
- Wiem -
odpowiedziała mu Skyler szeptem, który i tak wychwyciłam. Weszłam do pomieszczenia
zamykając za sobą drzwi i zjechałam po nich w dół, mocno zaciskając powieki.
Odetchnęłam niby z ulgą, że mam to już za sobą, ale z drugiej strony miałam
ochotę się porządnie w coś walnąć. Jak ja mogłam zrobić z siebie taką idiotkę?!
Tylko na tyle mnie stać? Chować się i nie wychodzić z pokoju całymi samotnymi
popołudniami, których tak bardzo nienawidziłam... Odkąd moja przyjaciółka
odeszła zawsze byłam sama, co było najgorszą karą jaką ktokolwiek mógł mi dać.
Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia za co, ja nic takiego nie zrobiłam! A
nawet jeśli już ktokolwiek chce ze mną porozmawiać czy po prostu posiedzieć, ja
chowam głowę w piasek i wykręcam się jak mogę, a oni i tak znają prawdę i myślą
pewnie, że ich po prostu nie lubię i mam ich w dupie. Ale z drugiej strony, nie
oszukujmy się nigdy nie będę się z nimi przyjaźnić, to nie moja liga, a oni
nawet by mnie nie polubili, jestem od nich o dwa lata młodsza! I na pewno nie
będę wciągać jakichś prochów, po których nawet nie wiem co będę robić! Tam nie
ma dla mnie miejsca i to właśnie ten czas, żeby to sobie na głos powiedzieć i
zapamiętać.
-
Przeszkadzam w czymś? - Usłyszałam sarkastyczny głos, który na pewno pochodził
z tego pomieszczenia. Pisnęłam zaskoczona i szybko otworzyłam szeroko oczy.
Była to dziewczyna o piękny, długich, kręconych kasztanowych włosach sięgającym
do pępka, usta miała pełne, muśnięte malinowym błyszczykiem, a brązowe oczy
były podkreślone delikatnie czarnym eyelinerem. Ubrania, które miała na sobie z
pewnością należały do bogatych marek. Shantel.
- Co ty tu
robisz? - spytałam spanikowana, próbując się szybko jakoś ogarnąć. Szybko
wstałam poprawiając ubrania, które miałam na sobie, ale nagle jakby straciły na
wartości, gdy popatrzyło się na osobę, która siedziała wygodnie ustawiona na
moim posłaniu.

- Co masz na
myśli?
- Jeżeli
chcesz w tej szkole zabłysnąć i coś znaczyć to nie możesz się zadawać z
osobami, którymi wszyscy pomiatają.
- Chodzi ci
o Silver? - spytałam zszokowana.
- No raczej,
może jak przekonam moją drużynę to cię przyjmą. Możemy razem tworzyć zgrany
duet, będziesz pasować - mówiła pewnie jakby z góry juz założyła, że stanie się
tak jak mówi. Niewiarygodne jak człowiek może zmienić się przez te dwa lata.
- Wyjdź stąd
- wysyczałam, a na jej twarzy perfekcyjnej twarzy pojawiło się parę zmarszczek.
"Niedawno byliśmy dziećmi, a świat był piękny.
Potem doszły problemy, uczucia, jakieś błędy."
----------------------------------------------------------------
Hejka moi kochani!
Więc jest nowy rozdział. Mam nadzieje, że przypadnie Wam do gustu.
W sumie nie będę się rozpisywać. Chciałabym polecić bloga Sylwii, która wróciła do pisania i zaczyna jakby od początku.
Tutaj macie link:
Jeśli możecie, wesprzyjcie komentarzem :)
Widzimy się, mam nadzieję, że już niedługo ;*
♥♥♥